niedziela, 15 marca 2020

Muzyka na Halloween - albumy grozy

Oryginalny plakat z filmu Johna Carpentera - Halloween (1978 r)
Wyobraź sobie, że jesień zapanowała już na dobre, rozkładające się liście od jakiegoś czasu walają się pod nogami, wydzielając przy tym charakterystyczną i przyjemną dla niektórych woń. Mamy za sobą ostatnie ciepłe dni. Od teraz do końca zimy czekają nas długie i ciemne wieczory. Wyobraziliście sobie? Bo takie warunki panowały w momencie, gdy zaczynałem pisać ten artykuł. A są one wprost idealne dla miłośników grozy szeroko pojmowanej. Grozę zaś wzbudzają m.in. wampiry, zombie, duchy i inne monstra; nawiedzenia oraz tajemnice sprzed lat; roboty, cyborgi, technologia, maszyny; przybysze z kosmosu, istoty z innych wymiarów; tajemne rytuały, okultyzm, satanizm, bluźnierstwo, pogaństwo; ciemność, dzicz i natura, jak i miejskie przestrzenie; choroba psychiczna, nasze wewnętrzne demony. 
Klimatu grozy w bezpieczny sposób można doświadczać czytając książki, oglądając filmy, grając w gry (komputerowe i planszowe), można brać udział w różnego rodzaju imprezach tematycznych. W szczególności w tej organizowanej w wigilię Wszystkich Świętych, znanej jako Halloween. Do niektórych z tych czynności mile widziane będzie muzyczne tło i chciałem zaproponować swój wybór albumów. A dlaczego albumów a nie playlisty? Playlist można znaleźć sporo i o playliście nie ma co pisać. Natomiast znajomość albumu pozwala wczuć się w dany moment historyczny i zapoznać całościowo z pewną wizją artystyczną. Jako osoba zainteresowana nie tylko muzyką jako doświadczeniem, ale też klasyfikacją gatunkową i wiedzą historyczną, chciałem promować informacje na ten temat.
Muzyką interesowałem się niemal od zawsze, natomiast grozą od kilku lat. Zbierając materiał na niniejszą listę stwierdziłem, że i tak nie poznam w tym ani w najbliższym roku wszystkiego, co warte. Nie będę więc pisał z pozycji znawcy tematu, tylko przedstawię swój subiektywny wybór albumów. Jakkolwiek mocno starałem się eksplorować nowe terytoria i prowadzić poszukiwania w miarę szeroko, w myśl zasady - dla każdego coś miłego. Dlatego poza subiektywną topką, zestaw ma też częściowo charakter przewodnika. Z jednej strony odzwierciedla moje oceny, z drugiej nakreśla obszary, które warto odwiedzić, jeżeli ktoś interesuje się tematem grozy w muzyce popularnej.

Jeżeli chodzi o moje źródła, to przede wszystkim przeglądałem podobne zestawienia opublikowane na blogach, w różnych internetowych magazynach oraz listy użytkowników z RateYourMusic. Jeden z czynników, który mnie zachęcił do dalszej pracy był taki, że nie odnalazłem nic podobnego w polskim internecie. Postanowiłem więc stworzyć coś, co byłoby użyteczne dla ludzi takich jak ja.
Tworząc listę zdecydowałem się skupić się na wyborze mniejszej liczby pozycji, o których będę w stanie napisać kilka zdań, najlepiej minirecenzję, niż zasypać czytelników nic nie mówiącą o sobie, ale długą listą. Jeżeli interesuje was to drugie, wszystko co zakwalifikowałem wstępnie do niniejszej listy oznaczyłem tagiem halloween na swoim profilu w RYM (ponad150 albumów). 
Niniejsza lista nie jest stricte rankingiem, nie chciałem porównywać jabłek z gruszkami. Zamiast tego poukładałem zestawienie w kilka szuflad gatunkowych (lub swobodniej dobranych). 
Albumy, które zakwalifikowałem do finalnej listy musiały spełniać kilka luźnych kryteriów. Przede wszystkim jakakolwiek tematyczna łączność z grozą lub wzbudzanie uczucia grozy. Ponadto albumu musi się dobrze słuchać (względnie) w całości. Jeden przebłysk geniuszu na płycie nie wystarczy, jakkolwiek może zasługiwać na wspomnienie. Trzecia i ostania sprawa to czy album nadaje się do jednego z zastosowań jako tło do czytania, grania w planszówkę lub na imprezy tematyczne. Ostania uwaga jest taka, że posługuję się klasyfikacją gatunkową ze strony RateYourMusic. Dość już tych wstępów, do rzeczy!

AKTUALIZACJA 2021 - nowe pozycje:
  • Blood Ceremony - The Eldritch Dark,
  • Mayhem - De mysteriis dom Sathanas,
  • Dance with the Dead - B-Sides: Volume 1,
  • Electric Wizard - Come My Fanatics.
HORROR SYNTH  
Pierwszy najbardziej oczywisty trop do odnalezienia muzyki grozy to ścieżki dźwiękowe z horrorów. Tutaj zawężyłem się do horror synthu, czyli oldschoolowych i kultowo brzmiących kawałków opartych na dźwięku syntezatora z lat 70. i 80. 
John Carpenter - The Fog (1980)
link do YouTube 
Nie bez powodu przywołałem tu konkretną nazwę gatunku horror synth, gdyż chcę napisać o jego twórcy. W materii horroru zarówno pod względem filmu jak i muzyki jednym z mistrzów niskobudżetowych produkcji jest nie kto inny a John Carpenter. Wbrew obiegowej opinii nie uważam, że najlepszą jego ścieżka dźwiękową jest ta z filmu Halloween. Motyw może i fajny, ale w całości jako album jest raczej nużący, bo opiera się w dużej mierze na powtórzeniu i przetworzeniu tytułowej melodii. Chciałem za to wyróżnić ścieżkę dźwiękową z filmu The Fog (1980 r.). Ten album to esencja ghost story, subtelny, minimalistyczny, ale i wewnętrznie zróżnicowany. W pierwszym,  utworze (moim ulubionym), tajemnicza melodia zawieszona jest w mglistej otulinie buczącego złowieszczo syntezatora. Albumu doskonale się słucha jako całości, dla samego słuchania lub w tle, do czytania czy grania. To najlepsza ścieżka dźwiękowa z horroru, jaką dotychczas poznałem.

John Carpenter - Lost Themes (2015)
link do YouTube, bandcamp 
Zostając przy JC, mogę jeszcze polecić jego stosunkowo niedawne płyty Lost Themes (2015) i Lost Themes II (2016). Tytuł sugeruje, że to niewykorzystane motywy do filmów, chociaż nie jest powiedziane, że tak było w rzeczywistości.  Faktem jest, że albumy zostały nagrane jako muzyka do słuchania, nie zaś jako tło do filmu, co stanowi ich zaletę. Ciekawostką jest, że nagrany został w rodzinnym gronie z synem Cody'im oraz chrześniakiem Danielem Daviesem (synem gitarzysty The Kinks). Muzyczna zawartość stanowi sprawdzone patenty JC, tj. pulsujący, oldschoolowo brzmiący, syntezator z domieszką rocka. Przywodzi to nieco na myśl dokonania Tangerine Dream, jednak utrzymane jest w innym duchu. Pierwsze Lost Themes jest nieco bardziej "progresywne" stawia na dłuższe i rozbudowane kompozycje. Drugie za to zawiera krótsze kawałki, chociaż niektóre przyjemnie przechodzą jedne w drugie.
 
Jeżeli chodzi o innych artystów z tej kategorii to również warta uwagi jest ścieżka Colina Townsa do Full Circle/Haunting of Julia. Też wyczuwalny (nomen omen) duch ghost story, melancholia przemieszana z działaniem złowieszczego bytu. Filmu nie oglądałem, ścieżka dostępna jest na YT.
Polecić mogę również muzykę do filmu City of Living Dead (w oryginale Paura nella città dei morti viventi)
z 1982 r., w reżyserii klasyka włoskiej makabry Lucio Fulciego, a skomponowaną przez Fabio Frizziego. Klimat jest bardziej niskobudżetowy i kiczowaty, można usłyszeć niezły miks gatunkowy - np. elementy rocka progresywnego czy funku.
Do zestawienia nie trafia, chociaż muszę o niej wspomnieć, muzyka zespołu Goblin do filmu Suspira (1977 r.) w reż. Dario Argento. Ścieżka jest genialna a razem z filmem tworzy audiowizualne arcydzieło, jednak kawałków jest tylko kilka, są dosyć zróżnicowane stylistycznie a ponadto są bardzo intensywne i nie nadają się do zastosowań, które rozważam w tym zestawieniu.

W ramach szuflady horror synthowej i właśnie zakończonej dekady, chciałem przedstawić moje najnowsze znalezisko, które dopełnia listę pod kątem muzyki tanecznej.
 
Synthwave/Darksynth

Synthwave oraz jego bardziej mroczna i agresywna odmiana darksynth to stosunkowo nowy gatunek, na pewno najnowszy i zaraz najbardziej taneczny na tej liście. Jest to muzyka elektroniczna, która bazuje na nostalgii do syntetycznych brzmień lat 70. i 80., często w kontekście kultowych ścieżek dźwiękowych do horrorów (vide John Carpenter) oraz sci-fi (Terminator, Łowca androidów itp.). Zazwyczaj przyjmuje formę muzyki tanecznej, wykorzystując różne środki współczesnej muzyki klubowej. Spektrum tematyczne jest szersze niż tylko groza, odnoszę wrażenie, że twórcy bardziej ochoczo eksplorują tematykę sci-fi, robotyczną, cyberpunkową. Fajnie można to podsumować przymiotnikiem retrofuturystyczny, bardzo mi się podoba to słowo. Robotów i cyborgów jak najbardziej też można się bać a tak czy owak, przy moim dopiero wstępnym rozeznaniu w gatunku starałem się wyselekcjonować albumy poruszające się w jak największym stopniu w estetyce horrorowej.
Perturbator - I Am The Night (2012)
link do YouTube, link do bandcamp (gdzie kupicie album za "co łaska" - miło ze strony artysty!)
Na pierwszy ogień jeden z najpopularniejszych przedstawicieli tego nurtu - Perturbator.  Okładka zdradza nam, że podczas podróży po świecie wykreowanym przez Perturabtora największym zagrożeniem dla naszego życia będą roznegliżowane laski-cyborgi, w anarchistycznym mieście przyszłości. Album jest dosyć zróżnicowany, dzięki czemu, słucha się go dobrze w całości. Znajdują się tu momenty taneczne i dynamiczne jak i spokojne, introspektywne, większość kawałków to instrumentale, ale znalazło się miejsce dla dwóch piosenek z kobiecym wokalem. Najbardziej przypadły mi do gustu tytułowy kawałek I Am the Night i Technoir. Ten drugi znalazł się również w ścieżce dźwiękowej do Hotlime Miami 2, słynnej retro gierce, która miała spory udział w rozpropagowaniu gatunku.
Dance with the Dead - Near Dark (2014)
link do YouTube, link do bandcamp
Kolejny z topowych przedstawicieli synthwave'u to Dance With the Dead. Nie mylić z zespołem Dead Can Dance, który również się pojawi się w zestawieniu. Różnice względem płyty Perturbatora są zasadniczo trzy: krótsze utwory (krótszy album), podczas gdy we wcześniejszej propozycji mieliśmy większe zróżnicowanie dynamiki i nastroju, tutaj mamy niemal non-stop film akcji (za dwoma wyjątkami), mimo horrorowej otoczki utwory są jakby cieplejsze i bardziej taneczne; ostatnia zasadnicza różnica to wcielanie elementów heavy metalu - taneczna elektronika dominuje, ale pojawiają się różne gitarowe wstawki, w tym solówki. Mój ulubiony kawałek to Midnight Never Ends.
Dance with the Dead - Out of Body (2013)
link do YouTube, bandcamp 
Poprzedni album w dyskografii DwtD, dzięki któremu uzyskali większy rozgłos. W moim odczuciu jest tak samo dobry, ale dłuższy (około 60 min), co sprawia, że może być trudniejszy do przyswojenia. Ponadto jest jeszcze bardziej imprezowy, zaś z mniejszym udziałem estetyki horrorowej.  Groza wyziera tu ówdzie, ewidentnie zauważalna jest np. w tytułowym kawałku, ale trudniej było mi ją dostrzec niż na Near Dark.
Dance with the Dead - B-Sides: Volume 1 (2017)
link do YouTube, bandcamp
Gorąco polecam również album B-Sides: Volume 1, gdzie motywy heavy metalowe wykorzystywane są jeszcze śmielej. Dodaje to do muzyki kolejną warstwę kiczu i czadu lat 80. Wbrew nazwie sugerującej, że mamy tu zbiór odrzutów z poprzednich sesji, poziom utworów jest równie wysoki jak na wcześniej wymenionych albumach. Mój ulubiony kawałek to Banshee.

Tym samym dochodzimy do kolejnej szuflady. Również zostajemy przy elektronice, ale chronologicznie poprzedzającej horror synth. 


SZKOŁA BERLIŃSKA / KRAUTROCK
Obiegowa opinia w Polsce, z którą się spotykam jest taka, że z niemieckiej muzyki elektronicznej kojarzy się, jeśli już to Kraftwerk (oraz Rammstein), a prekursorem muzyki elektronicznej opartej o brzmienie syntezatora był Jean Michel Jarre. Tak się jednak składa, że nasi zachodni sąsiedzi mają w tym większy udział. W czasie gdy Jean dopiero rozwijał swoje koncepcje, niemieccy muzycy wydawali już swoje najlepsze dzieła, a nawet jeżeli nie najlepsze to i tak byli do przodu. Nie jest to tematem tego wpisu, jednak chciałem o tym wspomnieć w ramach wstępu.
Najpierw jednak dwa zdania o tym z czym tu będziemy mieć do czynienia. W latach 70. Niemcy zapragnęli mieć swojego ambitnego rocka, rozwinęli więc styl, który pogardliwie brytyjscy dziennikarze nazwali krautrockiem (kapuścianym rockiem). Jest to dość szeroka etykietka, powiedzmy jednak, że oznacza bardziej szaloną wersję psychodelicznego czy eksperymentalnego rocka znanego w Wielkiej Brytanii czy w Stanach. Na gruncie inspiracji wczesnym space-rockowym Pink Floyd z tego nurtu wyłoniły się grupy grające kosmiczną muzykę (kosmische musik/berlin school), opartą o pulsujący rytm syntezatora. Tyle w kwestii wprowadzenia.
Na początek tej szuflady:
 Klaus Schulze - Mirage (1977)
link do YouTube 
Twórczość Klausa charakteryzują długie kompozycje z powoli zmieniającym się krajobrazem lub nawarstwiającym się nastrojem. Jednak nie jest to ambient (muzyka tła), lecz raczej muzyka angażująca, na swój sposób dosyć intensywna. Budowany nastrój i środki wyrazu wg mnie zbliżają twórczość Klausa do idei kosmicznej grozy, która przedstawiona została w literaturze H.P. Lovecrafta.
Mirage z założenia miał przedstawiać zimowy krajobraz a dodatkowo płyta jest dedykowana bratu Klausa, który w tym czasie umierał na raka. Dlatego na nastrój wpływa poczucie straty, zaś owy zimowy krajobraz jest mroczny i złowrogi (zimny jak śmierć). Najlepiej przekonać się do tego albumu wieczorem podczas lektury lub nocą w łóżku podczas zasypiania, jeżeli się nie boicie. Bardzo lubiłem słuchać tego albumu podczas czytania Przypadku Charlesa Dextera Warda Lovecrafta. Pierwszą kompozycję wyobrażałem sobie wtedy jako echa upadku Charlesa (spokojnie to nie spoiler, wiadomo to już od pierwszych stron), a drugą jako nawarstwiającą się intrygę sił zła (tu nie zdradzę jakich).
Klaus Schulze - X (1978)
link do YouTube
Kolejna pozycja, którą chciałem tu umieścić tu płyta X, na którą składa się podwójny album mający na celu muzyczne przedstawienie biografii istotnych osób dla Klausa osób. Jest to dosyć awangardowa muzyka, trudniejsza w odbiorze a w przeciwieństwie do poprzedniego albumu, utwory są bardziej dynamiczne z wyraźniej zarysowanym rytmem. Dodatkowo w kwestii instrumentów Klaus sięgnął po instrumenty smyczkowe. Znowu było to moje tło do lektury Lovecrafta. Przypisałem sobie nawet konkretne utwory do niektórych opowiadań:
Friedmann Bach - Muzyka Ericha Zanna: pulsujący rytm utrzymuje nerwy w ciągłym napięciu a chaotyczne i kakofoniczne improwizacje na wiolonczeli przywodzą na myśl piekielną muzykę Ericha.
Ludwig II von Bayern - W Górach Szaleństwa - śmiała ekspedycja (awanturniczy motyw smyczkowy) przeradza się w przytłaczające odkrycie kosmicznej grozy (przygniatająca ściana dźwięku).
Polecam stosowanie do lektury horrorów, gdzie zło ma pochodzenie kosmiczne lub spoza naszego wymiaru lub do planszówek. Płyta jest naprawdę długa, a czas trwania kompozycji waha się w okolicy 20 minut. Początkowo ciężko było mi się przegryźć przez album, ale warto było, bo został ze mną na lata.

Z dokonań Klausa warto wspomnieć jeszcze o jego pierwszej płycie Irrlicht (1972), którą nagrał z udziałem zmodyfikowanych organów oraz orkiestry smyczkowej. Szczególnie wrażenie robi pierwszy utwór
Satz: Ebene. Jego klimat kojarzy mi się wizją końca świata przedstawioną w Terminatorze, ze zdehumanizowanym, zniszczonym światem, z którego gdzieniegdzie przebijają echa przeszłości (symbolizowane przez smyczkowe fragmenty pojawiające się i zanikające w trakcie).
Popol Vuh - In den Gärten Pharaos (1971)
link do YouTube 
Kolejna pozycja bardziej krautrockowa niż kosmiczna, to Popol Vuh i ich płyta In den Gärten Pharaos (1971). Jak widać po dacie wydania to prawdziwi prekursorzy. Ciekawostką jest, że lider zespołu Florian Fricke sprzedał późnej swój syntezator Klausowi Schulze, twierdząc, że dźwięki syntezatorów są szkodliwe dla ludzkiej duszy i przerzucił się na bardziej uduchowioną muzykę. Faktem jednak jest, że pierwszy kawałek na tej płycie (są tylko dwa długie) wykorzystuje w sposób nowatorski na swoje czasy syntezator.  Utwór ma rytualny charakter, jednak nie jest to rytuał, w którym chcielibyście uczestniczyć. Jest on przerażający i szaleńcy, wymykający się spod kontroli, chociaż kończy się raczej łagodnie. Uff! Tym razem uszliśmy z życiem.
Cluster - Cluster (1971)
link do YouTube
Następna mocno prekursorska pozycja z kapuścianego nurtu to debiut zespołu Cluster. Tym razem efekt został osiągnięty bez użycia syntezatora a za pomocą różnorakich instrumentów, oscylatorów i innych sprzętów. W kontekście Halloween, muzyka ta brzmi jak nawiedzona instalacja elektryczna, która próbuje zabić domowników albo wręcz nawiedzona elektrownia.

Pozostałe wyróżnione:  warto jeszcze wspomnieć przynajmniej o zespole Tangerine Dream jako równie ważnym przedstawicielu szkoły berlińskiej i też dlatego, że wspominałem o nich w kontekście Johna Carpentera. Chętnie wyróżnię płytę Rubycon, o podmorskim klimacie, którą początkowo zamierzałem tu umieścić. Niektórzy cenią sobie również ich płytę Zeit z 1972 r., na równi z Irrlicht jest to dzieło prekursorskie dla kosmicznego dark ambientu, ale mnie akurat nudzi.

AMBIENT/ DARK AMBIENT - DRONE + DARK JAZZ
Kolejną szufladą jest ambientn- elektroniczna muzyka tła i jej mroczna odmiana dark ambient. Spokrewniony on jest także z gatunkiem zwanym drone, którego esencją jest długie wybrzmiewanie dźwięków. Przyznam od razu, że nie jest to mój konik. Uważam raczej, że ciężko w tym gatunku się wyróżnić ze względu na sporą powtarzalność i schematyczność, niemniej jednak udało mi się znaleźć kilka mocnych pozycji.
Bohren & Der Club of Gore - Black Earth (2002)
link do YouTube 
Na pierwszy ogień idzie coś nietypowego, bowiem nie jest to do końca dark ambient a jego synteza z jazzem, która się nazywa dark jazz. Podgatunek ten wywodzi się wprost z muzyki Angelo Badalamentiego komponowanej do filmów Davida Lyncha, w szczególności do serialu Twin Peaks oraz z jazzowej muzyki do kryminałów spod znaku noir. Jednak w tym wypadu będziemy mieć do czynienia z czystą, tradycyjną grozą, miast z czarnym kryminałem. To jedna z tych pozycji na liście, która bardzo mocno kreuje klimat grozy. A jak ona to realizuje? Poprzez widmowe, powoli sunące klawisze, świdrującą sekcję rytmiczną wzorowaną na doom metalu, pełne rezygnacji partie klawiszowe pianina. Album jest długi i bardzo spójny w atmosferze oraz środkach wyrazu, dlatego doskonale się nadaje do lektury lub planszówek, właściwie do wszystkiego oprócz pląsów.
Brain Eno - Ambient 4: On Land (1982)
link do YouTube 
Klasyk ambientu i początki dark ambientu. Nie tak przerażający lub mroczny jak już właściwe dark ambientowe albumy, ale do słuchania późną porą jak najbardziej się nadaje. Jednakże pierwszy kawałek Lizard Point straszy jak należy, został nawet umieszczony w ścieżce dźwiękowej do Wyspy tajemnic, chociaż nie mam pojęcia kiedy się pojawia w filmie. Ważnym elementem tego albumu jest szerokie zastosowanie zebranych przez Briana Eno nagrań dźwięków otoczenia: świerszczy, różnego przemysłowego buczenia oraz zmyślne przetworzenie i sklejenie ich całość - stanowią one wręcz dodatkowy instrument.
raison d'être - Empty Hollow Unfolds (2000)
link do YouTube, bandcamp 
Dojrzały przedstawiciel dark ambientu. Generalnie cała płytę odbieram jako podróż w post-apokaliptyczne krajobrazy, pełne porozrzucanego żelastwa, korodującego, skrzypiącego i trzeszczącego; w opustoszałe szkielety dawnych fabryk i pozostałości świątyń. Płyniemy sobie w tym metalicznym szumie i buczeniu, w nastroju zadumy i kontemplacji, który tworzą słyszalne raz na jakiś czas echa przeszłości w postaci mniszych chórków.
Lustmørd - Heresy (1990)
link do YouTube, bandcamp 
Właściwie od tego powinienem zacząć sekcję dark ambient, bo nie dość, że to klasyk to jeszcze najbardziej typowy przedstawiciel w tym zestawieniu. Usłyszeć można tu czerń w każdym możliwym odcieniu - głownie pochodzącą z podziemi: z szybów kopalń, katakumb, katedr itd. Brian Williams (Lustmord) materiały na album zbierał właśnie w takich miejscach. Następnie przetworzył to cyfrowo i dodał różne potworne odgłosy. Wchodząc na tę listę właśnie coś takiego chciałeś/aś odnaleźć, jedna ze straszniejszych pozycji na tej liście.
Robert Rich - Somnium (2001)
link do YouTube, bandcamp 
Powiedzmy sobie wprost, to jest 7-godzinna płyta skomponowana jako muzyka do spania. Przyznaję, że nigdy nie przesłuchałem jej w całości, a przynajmniej nie w stanie świadomym, ponieważ używam tej płyty zgodnie z intencją twórcy. Chociaż nie tylko w tym celu. Album ma zdolność przenoszenia do innego świata, a klimat jest w nim taki jak na okładce: mroczny, lesisty i mokry. Zręcznie kreowany jest przez połączenie odgłosów otoczenia z akompaniamentem mrocznego buczenia (płyta podpada częściowo pod drone). Spodobała mi się od pierwszych dźwięków, pierwsze pół godziny jest wręcz mistyczne. Idealnie pasowało mi jako tło do lektury Wierzb Algernoona Blackwooda. Może to muzyka do snu, ale niektórzy twierdzą że powoduje koszmary...

Jeżeli chodzi o panów Lustmorda i Roberta Richa, mogę polecić również ich wspólne dark amebientowe dzieło - Stalker z 1995 r. odróżniające się od powyższych zmutowanym, radioaktywnym klimatem.
Sunn O))) - Black One (2005)
link do YouTube, bandcamp 
Wchodzisz do mrocznego lasu, zarośniętego gęsto przez takie dziwne rurkowate drzewa. Zewsząd dobiega cię niesamowity hałas, zgrzyty i buczenie, jakby nieustannie wybrzmiewająca gitara elektryczna, ale bardzo nisko nastrojona. Zapuszczasz się głębiej i w pewnym momencie słyszysz jak jakiś potwór bełkoczącym głosem mówi BUE BUE BUE (tak naprawdę mówi coś z sensem, ale nie rozumiesz jego słów). Z uśmiechem rozpoznajesz elementy stylistyki black metalowej...
Na koniec tej kategorii i zaraz przed metalem album, który znajduje się na styku tych gatunków. Zespół słoneczko-promyczki jest reprezentantem ekstremalnego metalu. Tylko że ekstremalnie powolnego i ciężkiego - drone metalu. Muzyka ta z definicji jest eksperymentalna, nie dla każdego. Ale nietypowe środki pozwalają uzyskać nietypowy klimat, więc warto spróbować. Na zachętę dodam, że początkowo uznałem ją za nudy, jednak w miarę kolejnych odsłuchów, album okazał się różnorodny.

 
METAL
Jest to kolejna dosyć oczywista szufladka, która musi się znaleźć w tego typu zestawieniu. Powiem z góry, że nie jestem specem od ekstremalnych podgatunków, wciąż są białą plamą na mojej muzycznej mapie. W ramach aktualizacji zestawienia dodałem jednak jedną klasyczną pozycję black metalową. Starałem się wyselekcjonować najbardziej nasączone klimatem grozy albumy, w innym przypadku musiałbym zrobić listę top metalu, jako że mrok wpisany jest w jego definicję.
Black Sabbath - Black Sabbath (1970)
link do YouTube 
Od tego się zaczął heavy metal, więc tutaj też się zaczyna. Pierwsza płyta Black Sabbath. Chociaż na albumie słychać jeszcze wyraźnie pierwiastki blues-rockowe ma ona największy współczynnik horroru i Szatana. Począwszy od okładki, poprzez tytułowy mega złowieszczy numer, prekursorki dla doom metalu, a wcale nie kończąc na linijce:  
My name is Lucifer, please take my hand...

Black Hole - Land of Mystery (1985)
link do YouTube, bandcamp
Black Hole to jedna z bardziej dziwacznych, zapomnianych pozycji na tej liście. Zespół pochodzący z Werony, którego liderem, wokalistą, gitarzystą i klawiszowcem był tajemniczy, zainteresowany okultyzmem Roberto. Pozostali członkowie to Nico - basista lubiący Pink Floyd oraz Mauro perkusista, który słuchał Black Sabbath i brytyjskiego heavy metalu. Z tego miksu wpływów powstało coś na styku wczesnego doom metalu, rocka progresywnego i soundtracków do horrorów z lat 70. i 80. Momentami groteskowego i kiczowatego (patrz okładka), ale bardzo klimatycznego. Budowaniu klimatu służą często używane organy, różnego rodzaju dzwonki, łańcuchy, czy specyficzny śpiew wokalisty brzmiący jak zawodzące duchy. Wręcz można usłyszeć instrumenty rodem z mszy katolickiej, np. dzwonki w kawałku Bells of Death, opisującym pogrzeb. Ponadto klimat niskobudżetowego horroru włoskiego buduje wyjątkowo kiepski, włoski akcent Roberto, który śpiewa po angielsku. Niektórych ten element najbardziej odrzuca a mnie akurat urzeka. Trochę oglądałem Dario Argento, Lucio Fulciego i Mario Bavę i czuję się jak w domu (albo doomu hehe).
Mercyful Fate - Melissa (1983) / Don't Break the Oath (1984)
 
linki do YouTube (Melissa, Don't Break the Oath)
Teraz czas na prawdziwego, piszczącego wyznawcę Szatana, odgrywanego przez poczciwego farmaceutę (z wykształcenia) chadzającego po domu w dresach, znanego jako King Diamond. Z jednej strony mamy naprawdę wysmakowane heavy metalowe kawałki, z progresywnymi zapędami. Z drugiej strony kontrowersyjny, sztuczny falset Kinga Diamonda. Ale to nie są wszystkie elementy układanki, King Diamond śpiewa w sposób bardzo zaangażowany, czasami wręcz maniakalny. I kreacja ta wychodzi przekonywająco, przyznam, że początkowo słuchając takiego Satan's Fall, odczuwałem lekki niepokój. Dwie pierwsze płyty duńskiej legendy heavy metalu to klasyki z wysokim współczynnikiem Szatana!

Po nagraniu wyżej omawianych albumów King Diamond rozpoczął karierę solową, w której postanowił tworzyć koncepcyjne albumy o tematyce horrorowej. Pierwszy album Fatal Portrait stoi jeszcze w rozkroku między MF a nowymi pomysłami KD. Jest całkiem niezły wg mnie, jednak to na Abigail zrealizował całkowicie plan przedstawienia jednej historii w obrębie albumu. Jednak kosztem większej swobody w realizowaniu własnej wizji, po rozstaniu z pozostałymi członkami Mercyful Fate, muzyka straciła na jakości i klimacie. Jeżeli jednak ktoś bardzo lubi Króla i nie zraża go fakt, że trzeba się zagłębić w teksty, to można posłuchać. 
Danzig - Danzig II: Lucifuge (1990)
link do YouTube 
Miłośnik horroru, pornografii, częsty bywalec siłowni. Jego idole to Jim Morrison i Elvis Presley. Kojarzysz? Nie, to nie kolega ze szkolnej ławki, to Glenn Danzig. Jego muzyka nosi wpływy hard rocka, klasycznego heavy metalu i blues rocka. Wokalnie słychać naśladownictwo wspomnianych Jima Morrisona i Elvisa. Tematyka piosnek, natomiast jest horrorowa. Nie jest to płyta szczególnie straszna, natomiast diablo-przebojowa.
Warto jeszcze wspomnieć o wcześniejszych projektach Glenna. Pierwszy z nich to zespół Misfits - prekursorzy horror punku, który akurat nie wydał mi się dość interesujący pod kątem listy, ale ma sporo fanów. Kolejny to zespół Samhain, gdzie punk połączono z wpływami gotyckimi i wyszło to już całkiem interesująco (zainteresowanych odsyłam do płyty November-Coming-Fire). 

Pagan Altar - Pagan Altar (1982)
 
alternatywne tytuły: Judgement of the Dead / Volume 1  
link do YouTube, bandcamp 
Pagan Altar i ich pierwsze dokonanie to zagubiona klasyka pierwszej fali doom metalu. Po jego wydaniu zespół miał niemal 20 lat przerwy. Co ciekawe głównymi postaciami grupy byli ojciec i syn - Terry (wokalista) i Alan (gitarzysta) Jonesowie. Zespół ma ciekawą historię, ale to materiał na osobny wpis. Charakterystyczny dla zespołu na pewno jest bardzo nosowy wokal Terry'ego, który część osób odrzuca. Na tym albumie brzmienie gitary jest zbliżone do pierwotnego brzmienia Black Sabbath, muzyka to wczesny doom metal. W pierwszym odczuciu można pomyśleć, że to Black Sabbath Bis. Jednak zespół ma swoją odrębną tożsamość. Na albumie słychać również wpływy rozwijającego sie NWOBHM, w kontekście całej dyskografii zespołu wyraźny jest również pierwiastek folkowy, który tu także jest obecny. Wybrałem ten album, ponieważ ma najbardziej okultystyczną/satanistyczną atmosferę, co słychać np. w otwierającym Pagan Altar lub  Black Mass. Poza tym to fajna alternatywa dla Black Sabbath.
Z innych wczesnych doom metalowych albumów, wzorujących się na BS lubię także Witchfinder General - Friends of Hell z 1983 r., jednak jest on bardziej rozrywkowy, nie tak mroczny jak Pagan Altar.
Electric Wizard - Come My Fanatics... (1997)
link do YouTube
Czy można być jednocześnie zjaranym i przerażonym? Pozytywnej odpowiedzi na to pytanie udziela ekipa z Electric Wizard. Jako przykład tego zjawiska niektórzy ochoczo wskażą płytę Dopethrone, ja natomiast polecam Come My Fanatics... a konkretnie kawałek Doom Mantia, gdzie narkotyczna atmosfera miesza się z niepokojącymi opisami niejasnego, acz mrocznego rytuału. Gdyby ktoś nie kojarzył, Electric Wizard to, można powiedzieć, gwiazda współczesnego doom i stoner ("zjaranego") metalu, o wyjątkowo ciężkim, niskim stroju gitar. W tekstach często prezentują tematy pokrewne estetyce horroru.
Ghost - Opus Eponymous (2010)
link do YouTube
Ghost to dość osobliwe połączenie podejścia do tematyki i riffowania zaczerpniętego od Mercyful Fate (co druga piosenka o Szatanie) z melodyjnym graniem. W kwestii ciężaru, wokalu i melodyjnych, hard rockowych wtrętów wyraźne są wpływy Blue Oyster Cult z albumu Fire of Unknown Origin. Oczywiście nie jest to odwzorowanie kropka w kropkę. Ale Ritual to taki Burnin' For You BOC a Elizabeth brzmi momentami jak zaginiony fragment jakiegoś jamu powstałego z ogrywania Satan's Fall MF. Ghost może stanowić dobrą alternatywę dla Mercyful Fate, żeby pod płaszczykiem przebojowych i wygładzonych melodii przemycić na imprezie treści satanistyczne.

Gothic metal
Teraz krótki wtręt o metalu gotyckim. Gatunek ten wykiełkował gdzieś w latach 90. jako fuzja gotyckiego rocka (co może nie jest zdumiewające) i doom metalu (co mnie osobiście zaskoczyło). Początek ruchu miał miejsce na początku lat 90. przede wszystkim w Wielkiej Brytanii, gdzie death doomowe zespoły My Dying Bride, Paradise Lost i Anathema zaczęły dokładać elementy klimatyczne do swojej muzyki; w USA gatunek współtworzył zespół Type O Negative - ale od nieco innej strony. Kolejnym etapem ewolucji gatunku było porzucenie growlu i elementów death metalu, wygładzenie brzmienia i dopuszczenie szerszego spektrum wpływów innych gatunków na rzecz podbudowy klimatycznej. Punktem zwrotnym było wydanie w 1994 r. albumu Wild Honey zespołu Tiamat (tak się składa, że opisuję go poniżej), który zainspirował inne zespoły do zrewolucjonizowania swojego brzmienia. Przyznam szczerze, że najbardziej przypadła do gustu ta druga fala gotyku. Dodatkowo gotyk z definicji nie obejmuje wyłącznie grozy, ale też m.in., co jest spadkiem po doom metalu, przygnębienie. Na potrzeby listy wybrałem te albumy, który najlepiej oddają nastrój grozy. Jeżeli chodzi o rock gotycki, to też pojawił się na liście, ale w dalszej sekcji i tutaj nie będę go omawiać.
Tiamat - Wild Honey (1994)
link do YouTube 
Szwedzi zespół Tiamat, który za sprawą lidera Johana Edlunda, wyglądającego trochę jak nasz Magik z K44, postanowił poeksperymentować i przy tym wyzbyć się death metalowych naleciałości (jakkolwiek trochę darcia ryja zostało). Geneza albumu jest następująca. Johan z kolegami chcieli nagrać płytę w stylu swoich ulubieńców muzycznych (tutaj Pink Floyd, np. Gaia to taki ich Comfortably Numb), ale nie byli wystarczająco doświadczeni, aby wykonać wierną kopię, więc posiłkowali się częściowo językiem metalu, w którym czui się swobodnie. Wyszło im to na dobre, ponieważ dzięki syntezie powstała nowa jakość. Cały album klimatycznie jest spójny. Chociaż wśród tematów można znaleźć tu zarówno kosmos, naturę, okultyzm. Pod względem nastroju jest posępnie, momentami złowieszczo. Stylistycznie album także jest zróżnicowany: mamy trochę doom metalu w gotyckiej odsłonie, rock progresywny, darkwave czy nawet horror synth w przerywnikach.

Type O Negative - Bloody Kisses (1993)
link do YouTube
Petrus Ratajczyk, znany również jako Peeter Steele. Amerykański syn imigrantów o polsko-szkockich korzeniach, dwumetrowy, przypakowany wampir, z charakterystycznym niskim głosem. Zarazem wokalista i basista zespołu Type O Negative. Najbardziej barwna i charakterystyczna postać związana z zespołem. Zresztą popatrzcie.

Muzyka Type O Negative składa się z kilku komponentów. Pierwszy z nich to doom metal, ciężkie walcowate, nierzadko powolne i rozciągnięte, riffy, które czasami bywają przygnębiające a czasami czadowe. Jest też Wokal Petera: czysty i niski, stosownie do muzyki również bywa rozciągnięty i powolny, co daje taki trochę efekt jakby konał (por. Sisters of Mercy). Najbardziej reprezentatywna jest jednak jego wampiryczna poza z silnie zaakcentowanym wymawianiem "r", wampiry są wszak słowiańskie (czy tam tureckie), ale podejrzewam, że to przede wszystkim nawiązanie do słynnej roli Beli Lugosiego jako Drakuli. Oczywiście jest też składnik gotycki w postaci posępnych klawiszy. A także składnik popowy (trochę Beatlesowaty): miękkie chórki czy melodie. Na omawianym tu albumie pojawiają się również punkowo-thrashowe odpały (Kill All White People oraz We Hate Everyone), wynikające z wcześniejszego etapu twórczości Petera.
To, na co chciałem przede wszystkim zwrócić uwagę, to że album Bloody Kisses zawiera dwa Halloweenowe hymny: Christian Woman i Black No. 1 (Little Miss Scare-all). Pierwszy z nich to bluźnierczy, przebojowy, trzyczęściowy, numer o dziewczynie, która chciała poczuć "w sobie" Jezusa (tak, właśnie TO mam na myśli), drugi natomiast to ironiczna oda do byłej, narcystycznej partnerki Petrusa. Początek zaśpiewany z wampiryczną manierą na tle samego basu i efektów w tle na długo zapada w pamięć:
She's in love with herself - she likes the dark
on her milk white neck - the Devil's mark
Now it's all Hallows Eve - the moon is full
will she trick or treat - i bet she will
Alternatywnie możemy również posłuchać kolejnego album w dyskografii, tj. October Rust (1996 r.).  Różnica między płytami jest taka, że na Bloody Kisses mamy więcej pazura, agresji, większy jest rozrzut stylistyczny i klimatyczny, podczas gdy October Rust jest w 100% skoncentrowana na gotyku, jest bardziej spójna w zakresie środków artystycznych i klimatu (też bardziej dopieszczona produkcyjnie). Z drugiej strony jest tam mniej grozy, bo tematyka większości utworów to nieszczęśliwa miłość czy erotyzm, dlatego też dokonałem wyboru na korzyść Bloody Kisses. Jakkolwiek kawałek Wolf Moon dodałbym do Halloweenowej playlisty, gdybym taką tworzył.
Moonspell - Irreligious (1996)
link do YouTube 
Ostatnią pozycją w tej krótkiej gotyckiej podsekcji jest portugalski zespół Moonspell. Pod pewnymi względami przypomina mi on Black Hole - chodzi o niedoskonały akcent i klawisze. Muzycznie jednak mamy tu standardowy, dość przebojowy heavy metal, zmieszany z rockiem gotyckim. Nie umiem traktować ich poważnie ze względu na pewną naiwność tej muzyki, jest ona trochę jak ludzie przebrani na Halloween. Widać kto kryje się w kostiumie wampira. W tym przypadku to walnięty* południowiec Fernando Ribeiro, który przedstawia nam swoją wizję grozy. Jednak album ma taki przyjemny flow, a kostiumy? Kostiumy są przecież częścią zabawy, która przez swoją umowność wcale nie musi być zła.
Zespół ma korzenie blackmetalowe, co okazjonalnie słychać jeszcze na tym albumie (w darciu się czy perkusji), ale jeszcze bardziej zauważalne jest to na poprzednim albumie Wolfheart, również uznawanym za klasyk metalu gotyckiego. Poza black metalem, miesza się tam również wczesny folk metal. Jednak album Irreligious, to w moim odczuciu bardziej dojrzałe dzieło, co sprawiło, że akurat jego tu prezentuję.

*Właściwie czytałem polski wywiad z Fernando i to całkiem porządny człowiek!

Ostatnia pozycja w sekcji metalowej, uwaga - to już nie gotyk.


Rob Zombie - Hellbilly Deluxe (1998)
link do YouTube
Rob Zombie podobnie jak John Carpenter to twórca filmowy i muzyk, z tym że zaczął od muzyki. Jego płyta, idealna będzie na imprezy w opuszczonym domu na amerykańskim zadupiu, gdzie popijać będziecie piwo z puszki 0,33 l, potem się rozdzielicie i waszych przyjaciół zabije jakiś psychol o nadludzkiej sile. Hellbilly Deluxe to komercyjny, industrialny metal głównego nurtu, z okazjonalnymi horrorowymi wstawkami. Mówiąc komercyjny i głównego nurtu nie mam na myśli tylko subiektywnego odczucia, bo liczba sprzedanych kopii była naprawdę ogromna a kawałek Dragula pojawił się w ścieżce dźwiękowej do Matrixa. Większość piosenek na albumie jest dosyć skoczna, co sprawia, że album ma pewien imprezowo-taneczny potencjał.
Alternatywnie, można posłuchać czegoś z repretuaru wcześniejszego zespołu Roba, tj.
White Zombie, np. albumu o wyjątkowo długim tytule Astro-Creep: 2000 - Songs of Love, Destruction and Other Synthetic Delusions of the Electric Head. To z grubsza ten sam koncept tylko proporcje industrialu i groove metalu są inne na korzyść tego drugiego.

Mayhem - De mysteriis dom Sathanas (1994)
link do YouTube
Jedna z klasycznych pozycji black metalowych, zespołu z kontrowersyjną historią. Tekściarz i pierwszy wokalista o przydomku (nomen omen) "Dead" popełnił samobójstwo przed nagraniem tego albumu. Ponadto w składzie spotkali się zarówno morderca - Varg Vikernes (bas) jak i ofiara Euronymous (gitara elektryczna). Varg Vikernes zasłynął później na polu artystycznym jako zespół Burzum oraz odsiadką za morderstwo kolegi i podpalenia kościołów. Ale dosyć o historii, przejdźmy do muzyki.
De mysteriis dom Sathanas klimatycznie jest czystą emanacją zła i nienawiści i prawdopodobnie depresji Deada. Niesamowita jest gra całego zespołu, która potrafi być zarówno ultra brutalna jak i piekielnie klimatyczna. Szczególnie podoba mi się gra perkusisty Hellhammera, który potrafi wybijać maniaklane blasty, ale też raz na jakiś czas kreatywnie uderzyć w jakiś talerz, imitując celnie wymierzony cios tasakiem. Jednak pierwszym i najważniejszym aktorem tej sceny jest dla mnie inny "świr" (świr pod względem artystycznym - a nie zabójstwa kolegi z zespołu). Jest nim wokalista, węgier Atilla Cishar. Jego "aktorski" styl i technika wybijają się na tyle typowych black metalowych skrzeków. Kreuje on klimat każdego utwór swoim potwornym wokalem i umiejętnością wcielnia się w rol, często kontrastującym pod względem tempa z muzyką. Dzięki niemu można traktować muzykę Mayhem bardziej serio i rzeczywiście poczuć niepokój. W tytułowym utworze przechodzi nawet na zawodzący operowy śpiew, niczym mroczny pan opowiadający o swoim cierpieniu w opuszczonej i zrujnowanej posiadłości. 
W ramach ciekawostki dodam, że Atilla współpracował później także z prezentowanym na tej liście zespołem Sunn O))) na płycie Monoliths & Dimensions


ROCK PSYCHODELICZNY (i inne)
Coven - Witchcraft Destroys Minds & Reaps Souls (1969)
link do YouTube 
Wyglądają jak ekipa Scooby Doo, tylko że zła - na ich piersiach wiszą odwrócone krzyże. Grają jak Jefferson Airplain, ale śpiewają o Szatanie. Basista nazywa się Greg "Oz" Osborne. Zaś tytuł pierwszego kawałka na płycie to Black Sabbath. Czego trzeba więcej? Album muzycznie to przyjemny, przebojowy rock psychodeliczny. Chwytliwość tych melodii zabawnie kontrastuje z treścią utworów (o tym za chwilę). Sekcja rytmiczna potrafi być naprawdę groovy, takie Wicked Woman - największy przebój tej płyty, ma spory potencjał taneczny. W kwestii estetyki horroru pojawiają się drobne smaczki: Jinx Dawnson, wokalistka, swoim mocnym głosem, momentami śpiewa jak wściekła wiedźma; okazjonalnie można usłyszeć efekty dźwiękowe jak zniekształcenia w pierwszym utworze. W Coven in Charing Cross zwrotki przeplatane są wspólnie recytowanymi inkantacjami. Jeżeli chodzi o wspomniany utwór, tekst w swoim czasie mógł szokować:
Thirteen cultists
Held a secret meeting
Bringing powers of the darkness
Upon those who opposed them
The cheif of the circle
Known as Malchius

 (Co powiesz na to, Kingu Diamondzie?) Drank the blood of a young baby
Offered unto him

They danced ecstatically
The orgied frantically
The demon had arisen
From the circle on the floor
The chanting was much louder
And more piercing than before
Na koniec albumu jest 13-minutowe nagranie rzekomo autentycznej czarnej mszy. Przyznam, że początkowo czułem się nieswojo słuchając tego, z czasem jednak stwierdziłem, że to zabawne słuchowisko. Najlepszy moment to Kiss the goat!.

Comus -  First Utterance (1971)
link do YouTube (wersja oficjalna, ale z bonusami)
Pamiętam, że długo zwlekłem z przesłuchaniem tego albumu, bo zniechęcał mnie dziwaczny początek Diany, sadziłem, że tak będzie brzmiała cała płyta. Mocno się pomyliłem. Owszem, muzyka Comus to zwariowany, progresywny folk. Ale tematyka utworów jest nocna, makabryczna, pogańska. Przy okazji, kim lub czym jest Comus? Jest to pomniejsze bóstwo greckie odpowiedzialne za ucztowanie i nocne zabawy, niegrzeczny syn Dionizosa. W Song to Comus zaciąga dziewicę do swojej jaskini, aby ją zgwałcić. Nawiasem mówiąc Dianę również śledzi w lesie gwałciciel. Mój ulubiony Drip Drip przedstawia makabryczną wizję, dyndającego ciała, z którego kapie krew (kap kap!). Herald dla odmiany to nokturn z pięknym pasażem gitarowym. Jedna z bardziej unikatowych pozycji na tej liście.
Dr. John, The Night Tripper - Gris-Gris (1968)
link do YouTube
Pewnie każdy słyszał o voodoo. Nie każdy za to wie, że istnieje jego haitańska i nowoorleańska odmiana, a jeszcze mniej osób wie co to hoodoo (nawet słownik sugeruje voodoo). Do tej drugiej odmiany voodoo jak i do hoodoo odnosi się tematycznie ten album. Voodoo to religia, zaś hoodoo to praktyka czarnej magii, obie zrodziły się z połączenia kultury białych chrześcijan z USA i czarnych niewolników pochodzących z Afryki. Kolebką tych wierzeń jest stan Luzijana a w szczególności miasto Nowy Orlean, który, uznaje się też, że wydał na świat jazz. Luizjana znana jest również z bagiennych terenów, to wszystko składa się na specyficzny klimat, który poczujecie, o ile zechcecie poznać nieco informacji tła. Sama muzyka jest mieszanką wpływów nowoorleańskich (jazz, blues, R&B), psychodelii oraz voodoo. Na przykład Gris-Gris Gumbo Ya Ya, jazzowo-bluesowa melodia, unosi się leniwie niczym bagienne opary, podczas gdy Dr John prezentuje swoją ofertę gris-gris a w refrenie czarnoskóre wokalistki śpiewają niczym w transie jednego z rytuałów vooodoo.
Jeżeli kogoś zaciekawił ten klimat, poza czytaniem, polecam dwa filmy (horrory, oczywiście) nawiązujące do niego: Angel Heart z 1987 r. (po polskiemu Harry Angel) oraz Skeleton Key z 2005 r. (Klucz do koszmaru).

Jako haitańską w sensie wierzeń a karaibską w sensie geograficznym, alternatywę do wspominanej płyty mogę wspomnieć Exuma - Exuma (1970) r. Jest chyba jeszcze bardziej egotyczna, ale też bardziej wesołkowata i nie słucha mi się jej tak dobrze jak Dr Johna.

Scientist - Scientist Rids the World of the Evil Curse of the Vampires (1981)
link do YouTube
Muzyka Scientista to dub, czyli mocno przetworzone kawałki reggae (głównie podkłady sekcji rytmicznej), z dodanym pogłosem i innymi efektami. Niektóre utwory z tej płyty zostały wykorzystane w GTA 4 w radiu K-Jah. Album najbardziej nadaje się na bardzo wyluzowaną imprezę, na której kiwacie tylko głowami na kanapie a przestrzenna muzyka Scientista unosi się w pokoju niczym opary trawki. I jesteście tak znieczuleni i weseli, że wizytę wampira, wpijającego swe zęby w szyję jednego z was jesteście w stanie skwitować tylko salwą głupawego śmiechu.

Pink Floyd - Ummagumma (1969)
 
link do YouTube CD1 - na żywo i CD2 studio
Ummagumma to podwójny album Pink Floyd nagrany w okresie przejściowym, gdy członkowie zespołu wiedzieli, że nie mają już co liczyć na udział pierwszego lidera Syda Baretta, a Gilmour stał się pełnoprawnym członkiem zespołu. Pierwszy na albumie i rekomendowany przeze mnie krążek to nagranie na żywo, podsumowujące space-rockowe dokonania zespołu, które przy okazji zawierają w sobie niemałą dawkę grozy. Wspominając choćby o uważaj z tą siekierą, Eugeniuszu a poza tym czyż gwiazdy nie mogą przestraszyć? Alternatywą dla tej płyty może być Live At Pompei, które zawiera również "rzeźniczy" kawałek One of These Days oraz podmorski Echoes, który to nieco "rozwadnia" nastrój grozy, jednak tak jak zainspirowane nim Rubycon od Tangerine Dream, ma też swoje momenty. Druga płyta na albumie to studyjne utwory podzielone na sekcje - każda z nich była skomponowana przez innego członka zespołu. Muzyka tam zawarta to mocno odjechany, eksperymentalny rock psychodeliczny. Chociaż nie jest to zbyt dojrzałe dzieło i przysłowiowej dupy nie urywa, to jednak płyta ma swój niepokojący klimat. Raz dobrze mi się jej słuchało na lekkim kacu, gdy byłem niewyspany po imprezie.
Roky Erickson and The Aliens - 5 Symbols (1980) / Evil One (1981)
 
link do YouTube 
Roger Kynard "Roky" Erickson to współzałożyciel teksańskiego zespołu 13th Floor Elevators, jednego z prekursorów rock psychodelicznego. Swoją drogą ich album Easter Everywhere to jedna z moich ulubionych płyt w ogóle, ale za grosz w nim grozy, więc tyle w tej kwestii. Niestety po kilku latach działalności w13th Floor Roky zaczął mieć problemy z prawem z powodu narkotyków. Miał zostać aresztowany w 1969 r. za posiadanie marihuany, jednak został uznany za niewinnego z powodu niepoczytalności i umieszczony w zakładzie psychiatrycznym z diagnozą schizofrenii paranoidalnej. Leczony był między innymi terapią elektrowstrząsów (wbrew woli), w 1974 r. opuścił szpital. Założył nowy zespół, który ostatecznie przyjął nazwę Roky Erickson and The Aliens. Zmienił nieco styl muzyczny bardziej oscylując wokół krótkich chwytliwych piosnek z gatunku rocka garażowego i hard rocka. Chociaż tylko momentami muzyka jest psychodeliczna, przyporządkowanie jej do tej szuflady było dosyć luźne. Tematycznie większość piosenek dotyczy potworów rodem ze starych horrorów lub filmów sc-fi. Wokale Rocky'ego są jednak podszyte jakimś takim neurotyzmem, np. w moim ulubionym I Think of Demons, co dodaje pewnej nutki autentyzmu tym utworom. Może to zdolność ekspresji, a może Roky nie do końca wydobrzał i śpiewał o własnych demonach, co byłoby prawdopodobne znając jego historię. Przy okazji, Roky zmarł w 2019 roku.

Blood Ceremony - The Eldritch Dark (2013)
Link do YouTube
W pierwszej dekadzie obecnego wieku nastąpił wysyp zespołów retro z tzw. nurtu "occult rock". Zespoły te nawiązują do brzmienia lat 70. głównie do ciężkiej psychodelii i początków doom metalu. A teksty oraz wizerunek przedstawiają zwykle tematykę wiedźmią, okultystyczną itd. Za początki tego nurtu uważa się szwedzki zespół Witchcraft. Na pierwszy rzut oka widać, że occult rock stanowi dobry materiał do niniejszej listy.
Spośród zespołów, które słuchałem najbardziej moją uwagę zwróciła kanadyjska grupa Blood Ceremony. Gdzie najjaśniejszą gwiazdą jest frontmanka Alia O'Brien, która zapewnia zespołowi wiedźmi wokal, czadowe solówki na flecie oraz fajne retro podkłady na organach hammonda. Na prezentowanym albumie mamy sporo zrożnicowanie gatunkowe folk, rock progresywny i ciężki rock psychodeliczny. Brzmienie stylizowane jest na przełom lat 60. i 70. Stosunkowo oczywiste są tutaj inspiracje Coven, Jethtro Tull czy Black Sabbath, ale jako zgrabna synteza elementów zapożyczynych od tych zespołów jest to twór zaskakujaco świeży.
Na równie wysokim poziomie jest także ich poprzednia płyta Living With the Ancients, która bardziej ciąży w kierunku tradycyjnego doom metalu i rocka progresywnego.
  
ROCK GOTYCKI, DARKWAVE, INDUSTRIAL i inne
Tu postanowiłem upchać różne wynalazki lat 80., m.in. rock gotycki, który historycznie poprzedzał metal gotycki zaprezentowany wcześniej. Skoro już i tak przedstawiam wszystko nie po kolei zacznę od mojego "pewniaka" z tej kategorii czyli:

Dead Can Dance - Within The Realms of Dying Sun (1987)

link do YouTube
Darkwave to krok w stronę mrocznej i minimalistycznej elektroniki od post-punku i rocka gotyckiego, krok został uzyskany poprzez odcinanie rockowych elementów. Dead Can Dance na tym albumie to neoclassical darkwave (wg RYM), a więc w tym konkretnym przypadku dodano jeszcze elementy muzyki klasycznej. Jeżeli chodzi o słowo gotyckie w odniesieniu do muzyki (rozrywkowej, o której tu cały czas się wypowiadam), to chyba ten album najlepiej spełnia oczekiwania. Muzyka ta jest pełna tajemnicy, tragizmu, mroku i rozmachu. Można się poczuć jak w średniowiecznej katedrze, klęcząc na środku (a może i nie, bo jest taka mroczna i ogromna, że trudno to określić) i rozważając swoją sytuację bez wyjścia. Dobrze mi się słuchało tego albumu podczas lektury "Drakuli". Romantycznie i wzniosłe deklaracje bohaterów dobrze się komponowały z ogólnym nastrojem płyty. Ciekawostka: na drugiej połowie płyty Lisa Gerard śpiewa w zmyślonym języku, nie trzeba trudzić się ze zrozumieniem tekstów, wystarczy się wczuć i stworzyć własną historię.

Teraz będą dwa klasyki rocka gotyckiego. Wcześniej było o metalu gotyckim, gwoli wyjaśnienia, rock gotycki powstał w latach 80. jako trochę bardziej mroczny i posępny potomek post-punkowego plumkania. Jego początki niespecjalnie mnie zainteresowały pod kątem listy, bo wciąż były mocno osadzone w tej zimnej, metalicznej post-punkowej estetyce, bez elementów grozy i bez żadnej mistyki. Dlatego wybrałem już dojrzałe dzieła, nasycone esencją rocka gotyckiego, uznane klasyki, które inspirowały w następnej dekadzie prekursorów metalu gotyckiego.
Sisters of Mercy - First Last and Always (1985)

link do YouTube
Muzyka angielskiego zespołu The Sisters of Mercy zasadza się na osobie charyzmatycznego wokalisty Andrew Eldritcha. Wampira w stylu lat 80., który zawsze chodzi w okularach przeciwsłonecznych. Każdy z ich zaledwie trzech albumów został nagrany w innym składzie, za wyjątkiem Andrew i Dr Avalanche'a - automatu perksyjnego i opiera się na nieco innym koncepcie muzycznym, jednak wciąż utrzymanym w nurcie rocka gotyckiego. Ten album to debiut Sióstr. Niskie, przygnębiające wokale Andrew stanowią największy klimatotwórczy czynnik tegoż wydawnictwa - "brzmi jakby umierał", "wampiryczne wokale" to są określenia, które mówią wszystko. Cała reszta tworzywa to zimne, ale jednocześnie krótkie i przebojowe rockowe kawałki (przy czym przez rock należy tu rozumieć post-punkowe plumkanie). Mechaniczny rytm Dr Avalanche'a sprawia, że mają wręcz potencjał taneczny, można więc spokojnie gibać się na parkiecie do np. "Marian". Produkcja płyty, jak to czasami bywa w przypadku debiutów, nie jest doskonała, ale akurat nie przeszkadza mi to w niczym. 
Fields of Nephilm - The Nephilm (1988)

link do YouTube (Shiva to bonus)
Dla odmiany od wampirów mamy teraz angielskich, mrocznych, postrzępionych i zakurzonych kowboi z Fields of Nephilim. Ich znakiem rozpoznawczym jest również tajemniczy frontman Carl McCoy, śpiewający często celowo zachrypniętym głosem (ale daleko temu do growlu), piszący teksty o tematyce ezoterycznej, okultystycznej, nawiązującej do twórczości Lovecrafta (np. The Watchman i Last Exit for The Lost). Na tym albumie, w przeciwieństwie do powyższego produkcja jest dopieszczona. Brzmienie jest rozmyte i warstwowa, co sprawia takie widmowe poczucie nie-z-tego-świata. Sama groza w melodii i kompozycji nie jest aż tak bardzo wyczuwalna, niestety trzeba się trochę zagłębić w teksty, żeby poczuć tę mistykę, co jest lekkim minusem. Jakkolwiek lubię ten album. Jako pierwsze przemówiły do mnie kawałki The Watchman i Moonchild.
Sozialistiches Patienten Kollektiv - Leichenshrei (1982)

link do YouTube
Industrial to zdecydowanie nie jest mój konik, ale udało mi się zakolegować z jednym jego przedstawicielem - Sozialistiches Patienten Kollektiv (wbrew pozorom to australijski zespół; pewnie uznali, że język niemiecki przywoła bardziej złowrogie skojarzenia). Przedsmak industrialu można było poznać słuchając Cluster. Muzyka na tym albumie nie trzyma się typowych schematów kompozycyjnych zwrotka-refren, nie ma tu też przyjemnych melodii, za to jest mnóstwo stuków, puków, buczenia, zmechanizowanych odgłosów w szpitalnym, wyjątkowo niepokojącym klimacie.
Devil Doll - The Girl Who Was Death (1989)

link do YouTube
Mieliśmy już rock gotycki, darkwave oraz industrial, więc teraz czas na to "inne". I to "inne" rzeczywiście jest inne, stanowi niezłą mieszankę gatunkową. Można znaleźć fragmenty symfoniczne, heavy metalowe, rocka progresywnego naznaczonego gotykiem. Albumu sensownie jest słuchać jedynie w całości, ponieważ podporządkowany jest jednej historii i nawet nie ma tu podziału na poszczególne utwory. Jeżeli chodzi o wokale, to posiadają znaczny udział w tworzeniu odrębności tego albumu na tle pozostałych. Stanowią one popis zdolności na poły aktorskich jak i wokalnych, geniusza zła znanego po prostu jako Mr. Doctor.  Pan Doktor opowiada swoją historię jako skrzywdzona i groteskowa postać niczym bohater filmów Tima Burtona, poruszając się od deklamacji do śpiewu, posługując się znacznymi modyfikacjami głosu. Jeżeli masz ochotę posłuchać filmu Tima Burtona to będzie odpowiedni album. PS Faktycznie trwa on około 40 min, bo około 25 min przed końcówką to cisza.
HORRORCORE
Hip-hop to nie moja dziedzina jak w przypadku członków K44, ale ponieważ starałem się eksplorować nowe terytoria i różne oblicza grozy udało mi się coś znaleźć. Horrocore to jak można się domyślić, podgatunek hip-hopu związany tematycznie z grozą, mroczną stroną psychiki itd. Wynaleziony na początku lat 90. w USA, w Polsce jest obecny prawie tak długo jak sam hip-hop. Żeby wspomnieć chociaż pierwszy album Kaliber 44 i ewidentne przykłady jak Psychoza (czy "Nasze mózgi wypełnione sa Marią"). Inną grupą, która okazjonalnie wprowadzała horrocore na polski jest rynek jest nie kto inny jak Nagły Atak Spawacza (np. makabryczny i groteskowy Rzeźnik z 1996 r.). Nie będę pisał o współczesnej scenie, bo się nią nie zainteresowałem. Wiem, że istnieje ktoś taki jak Słoń, który około 10 lat temu wpłynął znacząco na wzrost popularności tego podgatunku w Polsce.
Wracając do listy. Jako, że bardziej do mojej wrażliwości przemawia muzyka niż tekst, udało mi się znaleźć album, który klimat kreuje niemal samymi bitami i jest to:
Blackout - Dreamworld (1995)
link do YouTube, SoundCloud,
bandcamp (niestety po niedawnej zmianie oferty brak darmowego odsłuchu)
Klimatyczne podkłady utrzymane w estetyce lo-fi, momentami zniekształcone brzmienie, niczym ze zdartej kasety lub płyty winylowej, budzą skojarzenia z zapomnianymi i nawiedzonymi blokowiskami (wyobrażam sobie slumsy z Candymana). W niektórych utworach nie ma właściwego teksu, są za to krótkie zapętlone linijki, kreujące psychodeliczny, neurotyczny i odrealniony ton utworów (np. Kronik City, Syko Soundz). Poza tym można znaleźć typowo gangsterskie nawijanie o jaraniu zioła i dziwkach, ale jest ono spójne klimatycznie, gdyż bity trzymają cały album w ryzach i te odstępstwa nie psują nastoju. Ze względu na ową spójność w brzmieniu sądzę, że podkłady nie powstały z sampli, lecz zostały skomponowane od zera, ale nie udało mi się znaleźć informacji na ten temat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz